Kategorie: Wszystkie | prasa | recenzje | ulubione
RSS
czwartek, 24 listopada 2011
Miłe spotkania z pisarzami część I:)

Oj dawno dawno mnie tu nie było. Przytłoczona zostałam ogromną ilością papieru na służbowym biurku oraz chorobą malucha połączoną z krótkotrwałym pobytem w szpitalu. Na domiar złego kilka tygodni temu nagle odeszła od nas ukochana babcia. Naprawdę w tych okolicznościach nie było warunków na pisanie.

Ale mimo wszystko działo się. Mam kilka fantastycznych książek do opisania – przede wszystkim czeka na recenzję znakomita książka Renaty Lis- Ręka Fauberta, która na pewno nie zasłużyła na tak długi okres oczekiwania w mojej „poczekalni”.

Jednak dzisiaj, zamiast o książkach, będzie trochę o spotkaniach z ich autorami. Od mojego firmowego biura mam bowiem zaledwie parę kroków do dwóch arcyciekawych poznańskich miejsc- głównej siedziby Biblioteki Raczyńskich oraz do Sali Czerwonej w Pałacu Działyńskich na Starym Rynku.

W te progi zawitali w ostatnim czasie bardzo ciekawi pisarze- Andrzej Franaszek ( BR), Rafał Ziemkiewicz ( PD) oraz białoruscy pisarze i poeci (BR).

 

franaszek poznań

 

Spotkanie z Andrzejem Franaszkiem odbyło się już jakiś czas temu, bo na początku października. Niestety uczestniczyłam jedynie w pierwszej jego części, bo do jego wcześniejszego opuszczenia zmusiła mnie  awaria samochodu i konieczność złapania ostatniego autobusu do domu. Mimo wszystko było warto:)

Publiczność na spotkaniu zdecydowanie dopisała, dla wielu nie starczyło nawet miejsca na sali.

 

franaszek poznan2

 

Najnowszej książki Franaszka jeszcze nie przeczytałam, bo jest tak gruba, że potrzebuje na nią miesięcznej rezerwacji i odłożenia innych lektur, ale słyszałam o niej tak wiele dobrych rzeczy, że musiałam przyjść na spotkanie. Poza tym moje ostatnie wyprawy na Suwalszczyznę ( Sejny i Krasnogruda) i do Wilna, bardzo wzmogły moje zainteresowanie Czesławem Miłoszem. Andrzeja Franaszka znam trochę z Tygodnika Powszechnego, mimo wszystko nie wiedziałam jak wygląda, dlatego też pierwszą rzeczą która mnie zaskoczyła, było to, że jest ...taki młody (wikipedia podaje rok urodzenia 1971). A pisanie biografii Miłosza zajęło mu 10 lat. Czyli jak można policzyć, pracę nad nią rozpoczął jeszcze w okolicach trzydziestki. Podczas spotkania, wspomnienia o Miłoszu przeplatane były wierszami czytanymi przez Krzysztofa Gosztyła - aktora Teatru Ateneum. Ja najbardziej czekałam na pytania publiczności, sama zresztą miałam jedno z zanadrzu...niestety część wstępna spotkania trwała tak długo, że zdążyłam usłyszeć tylko 2 pierwsze  i.... musiałam uciekać na ostatni autobus do domu:((. Jeżeli jednak i gdzieś do Waszych miast i miasteczek zawita Andrzej Franaszek ze spotkaniem promocyjnym, to zapewniam, że warto przyjść i poznać autora jednej z najbardziej dyskutowanych książek 2011 roku.

 koliber ziemkiewicz

 

Drugim wydarzeniem, w którym miałam przyjemność uczestniczyć w październiku,  było poznańskie spotkanie z Rafałem Ziemkiewiczem, autorem takich książek jak Zgred, Ciało Obce, Michnikowszczyzna, Polactwo, a na co dzień publicystą Rzeczpospolitej i tygodnika „Uważam, Rze”.

Jak może niektórzy już wiedzą – nie do końca jestem zwolennikiem poglądów pana Ziemkiewicza, ale mimo wszystko pozostaję pod dużym wrażeniem jego ciętego pióra oraz jego popularności w internecie. Dlatego też chciałam zobaczyć jak zachowuje się na żywo i czy ciekawe pióro idzie w parze z interesującą osobowością:)

Samo spotkanie okazało się jednak dla mnie przede wszystkim bardzo ciekawym miejscem do obserwacji socjologicznej jego uczestników. A widzów przyszło mnóstwo, zdaje się, że i z ponad 200 osób, sala pękała w szwach, a i tak duża część nie weszła nawet do środka. Przekrój społeczny także ciekawy- od osób bardzo młodych, studentów (których akurat jednak nie było aż tak wielu) poprzez spore grono 30-40 latków, po osoby starsze. Zjawił się oczywiście licznie miejscowy PIS z byłym wojewodą na czele, a także środowisko uniwersyteckie, wśród którego rozpoznałam także parę własnych znajomych i innych znanych mi z widzenia osób z mojego macierzystego wydziału, u których wcześniej nigdy nie podejrzewałabym prawicowych poglądów. Poza tym takie polityczno autorskie spotkania przyciągają wszelkiego rodzaju oszołomów politycznych i dziwaków, tak też pojawili się oni i tutaj w ilości co najmniej kilku sztuk.

Samo spotkanie było bardzo interesujące, pan Rafał opowiadał ciekawie, w swoim takim nieco sztywnym stylu, ubarwionym jednak autentycznym poczuciem humoru. Niczym mnie co prawda nie zaskoczył, bo powtórzył w dużej mierze swoje poglądy znane mi z jego książek i felietonów, jednak publiczność i tak wszystko przyjmowała z autentycznym zachwytem. Nie miałam wyjścia, też trzeba było od czasu do czasu poklaskać:) Potem rozpoczęła się część najciekawsza, czyli pytania od publiczności. Niestety trochę się rozczarowałam, a raczej moje oczekiwania rozminęły się z oczekiwaniami przybyłych, bo ja spodziewałam się pytań o książki, o przyszłość dziennika Rzeczpospolita i „Uważam, Rze” oraz ogólnie o prawicowe wartości, a pytania padały głównie o PIS i powyborczą scenę polityczną (taki był zresztą temat spotkania). Spotkanie odbyło się bowiem parę dni po ostatnich przegranych przez PIS wyborach, no więc oczywiste, że atmosfera na sali była gorąca. Pan Rafał dawał jakoś radę, odpowiadał nawet na takie pytania publiczności, których za grosz nie szło zrozumieć. Dla przykładu podam, że moja sąsiadka siedząca po prawej stronie, która każdą odpowiedź Ziemkiewicza nagradzała głośnymi brawami, z niepokojem kilka razy prosiła mnie o pomoc i wyjaśnienia:” czy rozumie Pani pytanie tego starszego Pana?”

Pan Rafał jednak zawsze dzielnie odpowiadał potakując : „Hm, tak, tak, jak już chyba wiem co ma Pan na myśli., chyba już Pana pytanie rozumiem, no więc....”.  I tu następowała zadowalająca wszystkich odpowiedź.

Ech...atmosfera spotkania była niepowtarzalna- taka euforyczna, patetyczna i patriotyczna jednocześnie, że jestem pod jej szczerym wrażeniem. Na twarzach większości uczestników widziałam autentyczny zachwyt jego bohaterem. Z drugiej strony wcale nie jestem pewna czy publiczność dobrze zrozumiała to co Ziemkiewicz mówi, bo mam wrażenie, że czasem jej śmiech był na wyrost a i oklaski nie zawsze  o czasie. Poza tym po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że fani Ziemkiewicza są znacznie bardziej skrajni i prawicowi niż on sam. Ciekawe, czy i sam autor to rozumie?

Dla porządku zaznaczę, że jako obserwator raczej neutralny ( nie ze środowisk prawicowych, ale i nie z Gazety Wyborczej), nie zaobserwowałam na spotkaniu żadnych przypisywanych tym środowiskom treści faszystowskich:) Aczkolwiek trzeba wspomnieć, że po jego zakończeniu organizatorzy namawiali nas do udziału w słynnym Marszu Niepodległości 11 listopada. No więc jeżeli ktoś uważa, że Marsz ten był faszystowski, to i można stwierdzić, że agitacja w tym temacie była:)

Zdobyłam autograf, plakat i parę prawicowych ulotek na pamiątkę. Spotkanie pełne wrażeń, na pewno wielbiciele Ziemkiewicza to silne grono wyborców, którego nie można zlekceważyć.

Spotkanie zorganizowało konserwatywno-liberalne stowarzyszenie Koliber. www.koliber.org z którego stron zapożyczyłam plakat. Fragmenty spotkania można sobie obejrzeć tutaj.

Zdjęcia ze spotkania z Andrzejem Franaszkiem pochodzą ze stron Biblioteki Raczyńskich.

A następnym razem będzie o białoruskich pisarzach i poetach.



niedziela, 02 października 2011
Kulisy Paltformy. Wywiad z Palikotem.

kulisy platformy

Zamiast umieścić tutaj zaległy wpis o Mickiewiczu, znowu zabieram się za politykę. Chyba mi przyjdzie wkrótce zmienić kategorię bloga:) Wybory już za tydzień, a ja nadal jeszcze nie wiem czy pójdę głosować, a jeżeli już oddam głos, to na kogo. Polityką interesuję się od zawsze, nie opuściłam jak dotąd żadnych wyborów, poza jednym przypadkiem losowym. Ponieważ jestem wciąż wyborcą niezdecydowanym, stałam się także doskonałym celem dla partyjnych PR- owców. Niestety właśnie złapano mnie na mały haczyk:)

Wydarzyła się bowiem ostatnio rzecz fatalna, skusiłam się na książkę, której gorąco obiecywałam sobie nie kupić. A nawet ją przeczytałam, chociaż wiedziałam, że znajdę tam same okropności, a sama książka jest wyłącznie elementem PR wyborczego Palikota. Jak się okazuje po ostatnich sondażach jest to strategia niestety bardzo skuteczna.

Palikot jest niewątpliwie inteligentnym i przebiegłym człowiekiem. Czy wykorzystuje inteligencję właściwie to zupełnie inna kwestia. Książka jest zarówno śmieszna jak i żałosna i najgorzej niestety świadczy nie o jej bohaterach, lecz samym autorze. Jednocześnie, w sposób raczej niezamierzony,  wydaje się wyjątkowo prawdziwa, bo jest gorzkim spojrzeniem na naszą demokrację. Taka niestety jest współczesna polska ( i chyba nie tylko polska) polityka, gdzie zamiast  spokojnej pracy na rzecz kraju, mamy pokątne negocjacje i nieformalne układy towarzyskie, a prawdziwą politykę robi się nie w sejmie i rządzie, lecz przy wódce na spotkaniach czy kolacjach. Kto za te kolacje i wódkę płaci też nie jest bez znaczenia.

Palikot w książce opisuje polityków z którymi miał większą lub  mniejszą styczność przez ostatnie 6 lat. I robi to, jak wiadomo, w sposób szczególnie mało subtelny i elegancki. I tak na przykład na początku wywiadu poznajemy Donalda Tuska, który w swoim gabinecie kopie piłkę w stronę kwiatka, który dawno temu przyniosła żona Leszka Millera. Sam Tusk według Palikota jest osobą, któremu " czasami brakuje męskości", "jest w nim taki chuligan". Z kolei Grzegorz Schetyna to "Knur' ( to rzekomo słowa Tuska nie Palikota), a Radosław Sikorski czasem sprawia wrażenie, że " jest uzależniony od narkotyków, że jest zwyczajnie naćpany, w ciągu kilku minut staje się jakby innym człowiekiem' (...) "Jest jakby zawsze na granicy równowagi psychicznej".

To tylko kilka przykładów,  książka jest pełna podobnych opisów. Możemy poczytać opinie Palikota na temat pierwszoplanowych działaczy PO i  innych znanych polityków pozostałych partii. Może niektórzy czytelnicy się z tego pośmieją, bo momentami  i jest bardzo śmiesznie. Tyle że jest to ten rodzaj śmiechu, który po lekturze książki pozostawia raczej niesmak niż zadowolenie. Trudno przecież nawet ocenić na ile te "głębokie" analizy osobowości czołowych polskich polityków odpowiadają rzeczywistości. Z drugiej strony nie ma się co łudzić, życie politycznie w naszym kraju tak właśnie wygląda i to nawet gdyby Palikot w książce co nieco przerysował lub przeinterpretował. Gra polityczna od najdawniejszych czasów była brutalna, każda epoka ma tylko inne narzędzia walki.

Wiadomo, że Janusz Palikot chciał wzbudzić sensację bazując na naszych najniższych instynktach.  Bo kto nie lubi czytać pikantnych rzeczy o znanych osobistościach i celebrytach?  A jeżeli można zebrać przy tym parę głosów wyborczych, tym lepiej. Jedną rzecz daje się jednak w książce zauważyć. Bo chociaż poczytamy wiele o tym, jacy fatalni byli lub są nasi politycy,  nie ma w tej książce nic na temat tego, co Palikot  proponuje  nam w zamian. Deklarowana  antyklerykalność nie wystarczy niestety za dobry program dla Polski. Za to widzimy, że Palikot to człowiek, który ma za nic przyjaźń i  dobre relacje koleżeńskie, bo najlepszy przyjaciel może zostać następnego dnia wyśmiany lub odsunięty na dalszy plan. W polityce nie ma zasad, w przyjaźni nie ma zasad, a może to w polityce nie ma prawdziwych przyjaźni? Sam Palikot to też człowiek, którego poziom etyczny jest co najmniej wątpliwy. Nie łudzę się, że Palikot się zmieni, gdy jego ugrupowanie wejdzie do Sejmu. I to na niego nasi obywatele oddadzą, jak mówią najnowsze sondaże, aż 9 % procent głosów...

Nie zniechęcam, nie zachęcam. Smutne, cyniczne, prawdziwe.

Kulisy Platformy. Tajemnice Platformy, rządu i parlamentu ujawnia Janusz Palikot w rozmowie z Anną Wojciechowską. Wydawnictwo Czerwone i Czarne. 2011.

 

wtorek, 27 września 2011
Turcja. Półprzewodnik obyczajowy. A.Bromberek A. Wielgołaska.

Turcja bomberek wielgołaska

 

"Turcja - Półprzewodnik obyczajowy" to zapowiedź nowej, bardzo obiecującej serii podróżniczej wydawnictwa Nowy Świat. Z założenia seria półprzewodników nie tyle ma nam pokazać, co jest w danym kraju do obejrzenia, lecz bardziej zaprosić nas do poznania kraju i jego mieszkańców od tzw. środka.

Trzeba przyznać, że półprzewodnik o Turcji wyszedł Wydawnictwu doskonale, co jest z pewnością dużą zasługą jego autorek - Agaty Bromberek, mieszkającą na co dzień w Alanyi, oraz Agaty Wielgołaskiej, która przez wiele lat mieszkała w Stambule.  Szkoda, że podobny półprzewodnik o Nowym Jorku nie zebrał już tylu pozytywnych opinii.

Dziewczyny w Półprzewodniku postanowiły nam pokazać  inną Turcję od tej, którą zna przeciętny turysta spędzający w tym kraju jeden czy dwa tygodnie wakacji.  Zwyczajny turysta myśli o Turcji bowiem najczęściej wyobrażeniami ze zdjęć z folderów biur podróży lub stereotypami, pochodzącymi głównie z prasy. Autorki książki postanowiły jednak zapoznać nas z Turcją trochę mniej znaną i w tym celu zaprosiły nas do tureckich domów, targowisk, miejsc pracy, a także pokazały nam trochę tureckiego życia prywatnego oraz wplotły to wszystko w sytuację społeczno-polityczną tego kraju.

Mamy więc w książce różne dane statyczne, trochę polityki i religii, mamy też próbę opisania tureckości – tj. cech, zachowań i zwyczajów, bez których Turcja nie byłaby Turcją. Gościnność i umiejętność dzielenia się, inna niż w Europie mowa ciała, zaufanie do kogoś kto pochodzi z tego samego miasta, romantyzm i uwielbienie kiczu a także wiara w przeznaczenie( kismet) – są to rzeczy dla nas nie do końca zrozumiałe. To także kultura rozmowy, a raczej (prze)gadania, kolektywizm oraz załatwianie i dyskutowanie wszelkich spraw w rodzinie. Podejście do rodziny i dzieci jest w tureckiej kulturze zupełnie odmienne od naszego. My skupiamy się bardziej na sobie jako na jednostkach, dla Turków najważniejsza jest rodzina jako zbiorowość, wraz ze wszystkimi regułami i konsekwencjami, jakie to ze sobą niesie.

Może niektórym skojarzy się trochę niniejszy przewodnik z „ Zabójcą z miasta moreli” - zbiorem reportaży o Turcji Witolda Szabłowskiego. Te książki, choć są zupełnie odmienne stylistycznie i mają całkowicie różne literackie aspiracje, wbrew pozorom są jednak do siebie podobne. A nawet przyznałabym  czasem pierwszeństwo książce dwóch Agat w zakresie autentyczności i próby wytłumaczenia nam pewnych niezrozumiałych dla przeciętnego Polaka zjawisk społecznych i ich kontekstu kulturowego. Autorki opierają to wszystko bowiem na własnej obserwacji i doświadczeniu, co jest oczywiście bardzo subiektywne, ale przez to wyjątkowo ciekawe.

Trudno wymienić tutaj wszystkie sprawy, jakie porusza książka, jest tu oczywiście i trochę o kuchni, o stosunkach damsko- męskich, o wojsku, o prowadzeniu samochodu, a także o przebojach muzycznych i telewizyjnych. Są też rzeczy poważne, takie jak prawa kobiet, sprawy religijne i polityczne. Warto się zapoznać z poglądami ugrupowań partyjnych na tureckiej scenie politycznej zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji politycznej tego regionu świata oraz jego aspiracji (coraz słabszych ostatnio) do bycia członkiem UE.

Książka - półprzewodnik to taki kociołek różnych smacznych rzeczy w którym dostaniemy po trochu wszystkiego. Czytało mi się to naprawdę znakomicie. Może jestem trochę stronnicza, bo uwielbiam Turcję, a w szczególności Stambuł, ale muszę przyznać, że półprzewodnik wyjątkowo zachęca do tego, by ten piękny i gościnny kraj poznać jeszcze lepiej.

Turcja. Półprzewodnik obyczajowy. Agata Bromberek Agata Wielgołaska. Wydawnictwo Nowy Świat 2011



wtorek, 13 września 2011
Kinderszenen, J.M. Rymkiewicz i Powstanie Warszawskie.

kinderszenen

Kinderszenen to książka - esej historyczno- wspomnieniowy o Powstaniu Warszawskim.

Miałam z jej oceną mały kłopot, gdyż skończyłam ją czytać pod koniec lipca, a jak wiadomo na 1 sierpnia wypada rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Ze względu na fakt, że książka wzbudziła we mnie skrajne emocje, postanowiłam trochę poczekać, nim o niej napiszę. Poza tym nie chciałam pochopnie wrzucać do sieci swoich przemyśleń, tak jak to uczynił nasz szanowny minister Radek Sikorski. Co prawda, ja skromna blogerka, to nie Pan Sikorski, ale myślę, że nawet będąc w internecie anonimowym, trzeba starać się o Powstaniu pisać delikatnie i z umiarem, gdyż temat ten co roku rani, ekscytuje i jednocześnie dzieli Polaków.

Jest to moja pierwsza książka Rymkiewicza, jaką przeczytałam, nie licząc kilku wierszy z tomiku Zachód Słońca w Milanówku. Sięgnęłam po nią zachęcona znakomitą recenzją umieszczoną na blogu Fotel przy kominku. Książka ta bynajmniej nie jest już nowością i parę mądrych głów jak dotąd na jej temat dyskutowało. Miałam problem z jej zakupem, nie widziałam jej w poznańskich Empikach i niesieciowych księgarniach. Znalazłam ją ostatecznie w jednej księgarni ...pod ladą. Nie wiem czy to dlatego, że Rymkiewicz jest tak niszowy, niepopularny albo niepoprawny politycznie? A może rzeczywiście nikt go już nie czyta?

Patrząc na „występy: Rymkiewicza w mediach i w sądzie oraz czytając w prasie jego „listy otwarte” do Michnika, zawsze myślałam trochę o nim, jak o pisarsko-politycznym oszołomie. Rymkiewicz pisze prosto z mostu to co myśli, a to boli i drażni i nie każdemu może się spodobać. Nie popieram pozwów, które szanowna Gazeta Wyborcza skierowała przeciwko Rymkiewiczowi, gdyż dla mnie sądzenie się z pisarzem o słowo, nawet głupie, jest ośmieszaniem się gazety. Mimo wszystko jednak Rymkiewicz wydawał mi się dotąd pisarzem z nie mojej bajki.

No więc zabrałam się za Kinderszenen i okazało się ku mojemu zdziwieniu się, że Rymkiewicz to ciekawy człowiek, a i pisać potrafi doskonale. Książka jest napisana bardzo ładną polszczyzną. Po jej lekturze trochę zaczęłam rozumieć kategoryczność poglądów Rymkiewicza i mimo że z pewną częścią postawionych przez niego tez się nie zgadzam, to jednak nie żałuję, że książkę przeczytałam. A jest moim zdaniem ona mocno kontrowersyjna.

Kinderszenen można rozumieć różnie, ale ja odbieram ją przede wszystkim jako książkę o traumie, którą wywołały o autora przeżycia wojenne. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie Rymkiewicz miał niespełna 9 lat. W jednym z pierwszych rozdziałów autor pisze, że.„krwawa dziura- to było właśnie moje dzieciństwo. Nie mogę powiedzieć, że mam jakieś wielkie pretensje do Niemców, że czegoś od nich oczekuję lub czegoś żądam.. Chciałbym tylko, żeby wiedzieli, co zrobili.- zniszczyli moje dzieciństwo i zrujnowali moją ośmioletnią wyobraźnię”.

Całe Kinderszenen to zbiór „obrazków” z dzieciństwa autora, które przypadło na lata okupacji i Powstania Warszawskiego. Książkę spaja opowieść o wybuchu czołgu - pułapki na ulicy Kilińskiego. Wokół zaminowanego czołgu zgromadzili się nieświadomi zagrożenia powstańcy, cieszący się zdobytym trofeum. Nastąpił wybuch, który spowodował wśród nich straszliwą masakrę- zginęło kilkaset osób.

Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że Kinderszenen jest książką antyniemiecką. Dla Rymkiewicza słowo nazistowski czy hitlerowski równa się słowu - niemiecki. Rymkiewicz po prostu nienawidzi Niemców. Wiem, że to bardzo mocne stwierdzenie, ale przecież to sam Rymkiewicz nie owija w bawełnę i jest tak kategoryczny w swoich poglądach. Rymkiewicz wyłożył w książce wszystko czarno na białym. Myślę, że dla każdego kto przeczyta Kinderszenen, będzie jasne co autor uważa na temat naszych niemieckich sąsiadów i nie ma co bawić się tutaj w nad czy reinterpretację jego myśli. Świadczą o poglądach autora cytaty z Hansa Franka, przekonywanie nas co rozdział na licznych przykładach, że Niemcy są genetycznie i zasady narodem złym i podstępnym, dążącym do dominacji i eliminacji narodu polskiego.

 Moim zdaniem jednak odczucia autora są całkowicie zrozumiałe i usprawiedliwione. Nienawiść Niemców do Polaków, zniszczone dzieciństwo, straszne przeżycia wojenne, zło którego autor doświadczył i które oglądał, wywołały u niego traumę, z której do dzisiaj nie potrafi się wyzwolić. My nie doświadczyliśmy wojny, a on tak, więc to jego święte prawo pisać, co na ten temat myśli i nam nic do tego.

 Nie można jednak zapomnieć, że współcześni Polacy nie mają tego typu doświadczeń, a trauma wojenna chyba(?) nie jest dziedziczna, gdyż wyrasta z przeżyć osobistych. Dlatego młody Polak ma prawo mieć inny stosunek do Niemców i ustalić swoje relacje z nimi na zupełnie normalnych zasadach. Co wcale nie wyklucza tego, byśmy zachowali w tych relacjach czujność i pamięć o przeszłości.

 Pewną część książki Rymkiewicz poświęca też ocenie Powstania. Rymkiewicz pisze o Powstaniu jako o micie założycielskim współczesnego państwa polskiego. Jednocześnie bardzo krytycznie odnosi się do twierdzenia, jakoby Powstanie było katastrofą. Nie do końca jego poglądy podzielam, gdyż w tym zakresie nie są one dla mnie właściwie uzasadnione.  Dla mnie Powstanie Warszawskie było nie tyle zaczątkiem, co bardziej kontynuacją mitu polskiego romantyzmu patriotycznego, wyrażającego się ciągłym parciu Polaków ku wolności. Mit ten rozpoczął się od powstania listopadowego i trwał poprzez inne, często tragiczne w skutkach, zrywy niepodległościowe, także te w okresie powojennym. W ostateczności te zrywy zakończyły się sukcesem, ale na ile w tym pomógł mit Powstania, które przecież zakończyło się porażką, trudno jednoznacznie i sprawiedliwie ocenić.

Pomimo tego, że książka jest kontrowersyjna, bardzo bym chciała by w polskich szkołach na lekcjach historii lub polskiego czytano obowiązkowo chociaż kilka jej rozdziałów. Na przykład w celu wywołania w młodym pokoleniu dyskusji czym było kiedyś, a czym może być dla nas współcześnie - honor ofiara i poświęcenie.

Bo czy powstanie Warszawie było, jak to określa pogardliwie Radek Sikorski katastrofą? Czy może, tak jak trzeźwo i chłodno ocenia Andrzej Krzywicki- wielkim bohaterstwem ale i polityczną naiwnością? Albo, jak uważa Rymkiewicz, było wielkim mitem założycielskim współczesnego niepodległego Państwa polskiego?  A może jest jeszcze jakaś inna interpretacja sensu Powstania?

Wolę chyba niezgodę i emocjonalną dyskusję o Powstaniu niż obojętność i zapomnienie, jakie czasem można zaobserwować u części społeczeństwa.

Kinderszenen to książka nie do końca poprawna politycznie, ale z pewnością warto ją przeczytać. Aby było to możliwe, w tym miejscu apel do księgarzy- wyciągnijcie proszę książkę spod lady!

Kinderszenen. Jarosław Marek Rymkiewicz. Sic! 2008



piątek, 09 września 2011
"Wkurzam salon" Rafał Ziemkiewicz, Rafał Geremek

wkurzam salon

 

Najbliższe dwa wpisy zostaną poświęcone tak zwanym książkom politycznym. Tych, których takie tematy nie interesują, zapraszam za tydzień, kiedy to planuję napisać trochę o Turcji i Mickiewiczu.

                                                     *

Jakiś czas temu postanowiłam, że nie będę już na tym blogu więcej pisać o książkach Ziemkiewicza (zwanego RAZ-em). Przynajmniej do czasu, kiedy nie napisze on czegoś nowego. Niestety, złamałam się. Na półce w biblioteczce zalegały mi dwie pożyczone  jego książki, tj. "Wkurzam salon" i "Michnikowszczyzna". W związku z faktem, że wybory zbliżają się wielkimi krokami, a ja nadal nie wiem na kogo głosować, to zdecydowałam jednak sprawdzić co na ten temat ma do zaproponowania pan Ziemkiewicz. Oczywiście w tym przypadku w kwestii przekonania mnie do oddania głosu na prawą stronę sceny politycznej. Sam Ziemkiewicz zastrzegał się co prawda, że nigdy nie namawiał do głosowania na Kaczyńskiego, ale ja w to osobiście nie wierzyłam. Bo chociaż nie znam każdego jego felietonu na przestrzeni ostatnich kilku lat, ( a przynajmniej nie tak dobrze, jak zna pan Ziemkiewicz każde napisane słowo pana Michnika), to jego obecność w czołowych gazetach prawicy ( "Rzeczpospolita", "Uważam, Rze") i bardziej skrajnej prawicy ( Gazeta Polska), dawała mi absolutną pewność, że Ziemkiewicz popiera prawicę. A jak prawicę, to oczywiście Kaczyńskiego, bo kogo by innego? Rozglądam się dokładnie i po tej stronie sceny politycznej nie widzę nikogo innego, kto mógłby realnie sięgnąć po władzę.

Z dwóch posiadanych książek, mój czytelniczy wybór padł na „Wkurzam salon”, jako że to książka bardziej aktualna, bo wydana w 2011 roku, najprawdopodobniej w celu uzupełnienia Zgreda, a ściślej w celu wyciągnięcia na fali jego popularności jeszcze większej ilości pieniędzy od fanów:)

 "Wkurzam salon" to autobiografia napisana w formie wywiadu, przeprowadzonego przez Rafała Geremka. Książka w dużej części powtarza poglądy autora, o których czytałam w Zgredzie ( albo na odwrót, bo właściwie to nie wiem, która książka wyszła pierwsza?). Pytania Geremka kierowane do Ziemkiewicza nie prowadzą niestety do jakiejś większej dyskusji pomiędzy panami, lecz są zadawane w formie tzw. pytań przytakujących. Czyli rozmawiają sobie Rafał z Rafałem i jeden pyta drugiego familiarnie i grzecznie, a drugi odpowiada przyjaźnie i miło.

Po przeczytaniu tej długiej sympatycznej rozmowy dwóch panów przeżyłam jednak parę zaskoczeń. Pierwsze największe- pan Ziemkiewicz w żadnym zdaniu nie napisał, by popierał Kaczyńskiego! I to nawet między wierszami. Okazało się, że to ja się myliłam! Jest wręcz przeciwnie - Kaczyński jest be i niedobry. Kto jest za to dobry? Niestety nie dowiem się, gdyż z pokrętnych i ogólnikowych wypowiedzi wynika, że praktycznie wszyscy politycy obecni na polskiej scenie politycznej są źli. Brzmi pesymistycznie, ale myślę, że Ziemkiewicz będąc zakamuflowany, przygotowuje się na każdą powyborczą opcję. Gdyby wygrali " jego ludzie" po prostu po wyborach nie miałby z kim walczyć. A tak będzie mógł kąsać każdego.

Druga rzecz, którą przyjmuje akurat z zadowoleniem, to fakt, że Ziemkiewicz -prawicowiec - nie jest antysemitą ( bo prawie każdy skrajny prawicowiec przecież jest;). Co prawda z dużą przychylnością patrzy na starą przedwojenną endecję, a także twierdzi, że i sam Dmowski to taki głupi nie był. A jednak za książkę o Michniku Salon przyprawił mu gębę antysemity ( Michał Głowiński w szczególności), chociaż Ziemkiewicz broni się twardo. Co złego o Żydach, to na pewno nie on. W tej kwestii mam wrażenie, że RAZ cierpi na prawdziwą schizofrenię, bo parę numerów temu pisał w „Uważam, Rze” o poniżaniu polskości przejawiającej się w przepraszaniu za pogromy żydowskie ( pozostaję osobiście w dużej opozycji do tych poglądów), a ostatnio pisze np. na blogu o antysemityzmie bezczelnym. We Wkurzam salon za to tłumaczy, czy i dlaczego nie jest antysemitą.

Ze swojej strony uważam, że akurat Ziemkiewicz rzeczywiście poglądów antysemickich nie ma, ale do końca nie rozgryzł tematu, nie rozumie go i zwyczajnie jeszcze nie dojrzał, żeby go ogarnąć. Wypowiedzi jego zwolenników na blogu i Facebooku wskazują raczej na to, że  jego wielbiciele są niestety bardziej antysemiccy i groźni niż on sam.

W książce - wywiadzie sporo jest oczywiście o Michniku i Salonie, ja tego tematu na razie nie poruszam, gdyż przypuszczam, że we Wkurzam Salon, otrzymałam jedynie zakąskę, a danie główne i deser dostanę w Michnikowszczyźnie.

Wielbicieli Ziemkiewicza zaintrygują pewnie tematy związane z życiem prywatnym dziennikarza. Mnie osobiście interesuje to tak samo, jak ilość żon i dzieci Michała Wiśniewskiego. Przecież Ziemkiewicz to nie Doda, lecz poważny publicysta. Przypuszczam jednak, że większość czytelników lubi takie opowieści. Dziwi mnie trochę ten ekshibicjonizm Ziemkiewicza, bo sam autor zwierza się nam ze spraw prywatnych, jak na kozetce u psychoterapeuty. Może to rzeczywiście pomaga mu uporać się pewnymi sprawami osobistymi i  światopoglądowymi – Ziemkiewicz to rozwiedziony katolik, ale szczęśliwy w małżeństwie ojciec dwójki córek. Ogólnie ta cześć wywiadu wypada podejrzanie miło i sympatycznie, w końcu która kobieta nie lubi porządnych rodzinnych facetów?

Zastanawiam się, co takiego jest w Ziemkiewiczu -publicyście, że ma tak duże grono wiernych czytelników ? Widziałam nawet  Zgreda krótko na liście bestsellerów Empiku. Przy czym jednocześnie odmawia się jego książkom ( i innym prawicowym) miana prawdziwej literatury i pomija się je przy wszystkich uznanych nagrodach literackich?

Ja zaliczyłabym jednak twórczość Ziemkiewicza do tzw. prawdziwej literatury, chociażby z tego powodu, że podejmuje on w niej jakąś próbę dyskusji o Polsce i jej problemach. Nie zawsze to mu się udaje,  ale jednak na tle innej literatury polskiej, która często taką niewygodną i niemodną tematykę po prostu pomija, jego rozważania wydają się całkiem ciekawe i atrakcyjne. W pewną częścią poglądów się nie zgadzam, niektóre jego tezy rażą mnie płytkością, niedojrzałością, a czasem i niestety naiwnością. Mimo wszystko dobrze, że ktoś o tej naszej Polsce dyskutuje.  Oczywiście jest to literatura skierowana do konkretnego -  prawicowego odbiorcy, zaspokajająca jego potrzeby i oczekiwania. Mam też niestety czasem wrażenie, że Ziemkiewicz nie zawsze pisze to, co myśli, lecz to, co jego czytelnik bardzo chce przeczytać. I wszyscy są zadowoleni, Ziemkiewicz, bo jest podziwiany, a fan się cieszy, że ktoś nareszcie w uznanej gazecie podziela jego dotąd skrywane poglądy.

Osobiście lubię czytać od czasu do czasu publicystykę Ziemkiewicza i pomimo jej wad, doceniam w niej świeżość umysłu i błyskotliwe pióro.

Książka jest przeznaczona przede wszystkim dla wielbicieli i fanów Ziemkiewicza skupionych na Facebooku czy czytających jego popularny blog w Rzepie, którzy chcieliby swojego mistrza lepiej poznać. Jeżeli należysz do tego grona, Wkurzam Salon z pewnością Ci się spodoba. Zwolennikom innych opcji politycznych książkę także polecam w celu lepszego poznania optyki obozu przeciwnego:)

Wkurzam Salon. Rafał Ziemkiewicz. Rafał Geremek.Wydawnictwo Czerwone i Czarne. 2011.



czwartek, 01 września 2011
"Diabelski Młyn" Andrzej Krzywicki

diabelski młyn recenzja

 

Na początku przydałby się mały wstęp dla tych, którzy nie wiedzą kim jest Andrzej Krzywicki. Autor książki to syn Ireny Krzywickiej, polskiej skandalizującej pisarki - autorki między innymi autobiograficznych „Wyznań gorszycielki”. Krzywicka opisała w nich barwny świat bohemy artystycznej polskiego dwudziestolecia międzywojennego. Niestety „Wyznań gorszycielki” nie czytałam, gdyż książka jest obecnie dostępna wyłącznie w obrocie antykwarycznym lub na Allegro w dosyć wysokich cenach, a ja niestety nie mam w sobie wystarczająco silnego instynktu łowcy. Czekam więc na wznowienie książki, a jest na to chyba jakaś nadzieja, gdyż ostatnio niektóre dzieła Krzywickiej zostały ponownie wydane. Na moim blogu recenzowałam niedawno "Wielkich i niewielkich" - zbiór reportaży i wspomnień o znanych postaciach Dwudziestolecia.

 W 1999 roku ukazała się także biografia Krzywickiej - „Długie życie gorszycielki”  autorstwa Agaty Tuszyńskiej. Również i ta książka czeka u mnie w kolejce na przeczytanie. Niestety, jak widać nie mam pełnej perspektywy na losy rodziny Krzywickich. Mimo wszystko zabrałam się jednak za "Diabelski Młyn" i naprawdę było warto, bo książka napisana jest świetnym piórem, godnym słynnej matki, z dowcipem, ale i mądrością oraz emigranckim dystansem do polskich spraw.

Andrzej Krzywicki postanowił dodać do wszystkich dotychczasowych opracowań biograficznych także trochę od siebie. Jego osoba przewijała się oczywiście w najróżniejszych publikacjach o Krzywickich, jednak on sam nie miał jak dotąd okazji przedstawić swojego własnego spojrzenia na przeszłość rodziny i własną młodość. Andrzej pozostawał bowiem zawsze w cieniu swojego starszego brata Piotrusia, którego tragiczna śmierć pod koniec II Wojny światowej zaważyła na życiu jego i matki. Andrzej wydawał się być tym mniej kochanym dzieckiem, chyba niesłusznie, gdyż Irena Krzywicka po śmierci starszego syna, męża, oraz przyjaciela Boya Żeleńskiego, właśnie na młodszego przelała całą swoją miłość.

Andrzej Krzywicki w Diabelskim Młynie pisze jednak przede wszystkim o sobie, a nie o matce. Być może wynika to właśnie z tego ukrytego kompleksu „ niekochanego” drugiego - gorszego syna. Jest to po części trochę niesprawiedliwe, gdyż matka poświęciła się mu z całym oddaniem i z ogromnym zaparciem walczyła o jego życie i późniejszy powrót do zdrowia. Andrzej zachorował bowiem w młodości na polio - chorobę, która nigdy już nie pozwoliła mu dojść do pełni sił - autor nie odzyskał pełnej ruchowej sprawności i do dzisiaj jest zmuszony poruszać się przy pomocy kul.

Andrzej Krzywicki, podobnie jak jego matka, życie miał bardzo bujne, także to osobiste. Cztery małżeństwa, z czego o trzecim nie pisze prawie wcale, chociaż właśnie to trzecia żona urodziła mu ukochanego syna. Złe wspomnienia o trzeciej żonie wynikały prawdopodobnie z ostrego konfliktu na linii - synowa- teściowa, o czym pisze Agata Tuszyńska w „Długim życiu Gorszycielki”.

Znaczną część książki autor poświęca życiu na emigracji oraz opisowi swojej drogi kariery naukowej, co uatrakcyjnia licznymi anegdotami. Z dystansu patrzy także na Polskę i Polaków i bez owijania w bawełnę pisze co mu się w naszym kraju podoba, a co nie. Bardzo to czasem zabawne i pouczające .

Andrzej Krzywicki wspomina także swoje wczesne dzieciństwo, w tym Powstanie Warszawskie. Szczególnie zainteresował mnie ten temat, gdyż w tym samym czasie, co  Diabelski Młyn, czytałam książkę Rymkiewicza „Kinderszenen”. Obaj panowie są prawie rówieśnikami, w trakcie wybuchu Powstania mieli lat 9 (Rymkiewicz) i 7 ( Krzywicki). To samo powstanie, podobne przeżycia, a jakże różna jego ocena! Krzywicki ocenia Powstanie jako wielkie bohaterstwo, ale także ogromną polityczną naiwność. Ocena Rymkiewicza jest zgoła odmienna (będzie o tym wkrótce na blogu). A przecież młody Krzywicki miał podczas II wojny światowej szczególnie ciężko ze względu na swoje żydowskie pochodzenie. Ilu ludzi, tyle perspektyw...

Ogólnie poglądy Krzywickiego, podobnie jak jego matki, oceniłabym jako lewicowe. Chociaż on sam siebie za lewicowca nie uważa, bo twierdzi, że wybieranie jednej opcji światopoglądowej w dzisiejszych czasach jest przestarzałe. On podobno w zależności od sytuacji wybiera sobie coś ze światopoglądu prawicy lub lewicy. Nie do końca wierzę w takie rozszczepienie wartości, ale niech mu będzie..:))

Sam Krzywicki nie do końca budzi też sympatię. Pogmatwane życie uczuciowe, nie zawsze właściwy stosunek do drugiej, podobno najbardziej kochanej żony ( Ela umiera samotnie w szpitalu), oraz pewna marginalizacja matki, mogą wzbudzić w nas  czasem niechęć do autora Z drugiej strony Krzywicki to człowiek z krwi i kości ze swoimi wadami i zaletami.

Diabelski Młyn to bardzo ciekawa książka, aż szkoda, że przeszła przez rynek prawie bez echa. Andrzej Krzywicki niewątpliwie odziedziczył w części talent pisarski po matce. Polecam książkę gorąco i zachęcam do zakupu, jeżeli ktoś ją jeszcze wypatrzy w księgarni ( ja ją kupiłam za 5 zł w Taniej Książce naprzeciwko Starego Browaru w Poznaniu).

 

Diabelski Młyn. Andrzej Krzywicki. Czytelnik.2005



piątek, 19 sierpnia 2011
"Last Minute" Sylwia Kubryńska

Last minute Kubryńska

W dzisiejszym ( 19.08.2011) "Pytaniu na śniadanie" w TVP 2 można było sobie obejrzeć wywiad z Sylwią Kubryńską - autorką książki "Last Minute". Młodej pisarce podczas programu  towarzyszył sam Zbigniew Lew- Starowicz, a cała telewizyjna pogadanka dotyczyła seksturystyki Polek. O tym między innymi opowiada bowiem książkowy debiut Kubryńskiej.

Jak dotąd temat seksturystyki kojarzył mi się wyłącznie ze znakomitą, choć bardzo kontrowersyjną książką francuskiego pisarza Michela Houellebecqa - pt. "Platforma". Jej główny bohater obficie dostarczał sobie licznych seksualnych przyjemności w Tajlandii - azjatyckim raju rozkoszy.  Atrakcyjna w formie, ale bardzo pesymistyczna w swej wymowie książka  Huellebecqa wszystko pokazywała nadzwyczaj dosłownie, bez uciekania się do subtelnych metafor. Natomiast jak poradziła sobie z tematyką seksturystyki nasza polska pisarka?

Moim zdaniem debiut Kubryńskiej można zaliczyć do całkiem udanych, chociaż w jakikolwiek sposób nie można  porównać  tej książki do dzieła Huellebecqa. To zupełne inny typ literatury i poza tematem brak tu jakichkolwiek innych podobieństw. "Last Minute" przypomina bardziej typowy romans z pogodnym, choć mało prawdopodobnym zakończeniem. W fabułę wpleciona jest też smutna historia rodziny głównej bohaterki - Agnieszki.  Książkę czyta się lekko i przyjemnie, chociaż temat wcale do banalnych nie należy. Autorka stara się nam pokazać, co jej zdaniem jest przyczyną tego, że młode wykształcone i podobno rozsądne kobiety wplątują się w tak absurdalne, rażące swoją naiwnością romanse. Jak wynika z książki, współczesne kobiety przede wszystkim najbardziej potrzebują dowartościowywania ciepłym słowem czy komplementem. Z  wielką wdzięcznością przyjmują kwiaty, a romantyczną kolację traktują jako wstęp do oświadczyn i dalszego bajkowego życia u boku swojego arabskiego księcia.  W ten sposób miejscowy uwodziciel i kochanek bardzo łatwo zdobędzie serce zakompleksionej europejskiej kobiety, która w swojej ojczyźnie wciąż musi sprostać powszechnym kanonom szczupłości czy atrakcyjności.

Książka napisana jest potocznym, ale przyjaznym językiem. Bywają też w powieści fragmenty  całkiem malownicze i smakowite literacko, jak chociażby opis targowiska w Sousse, podczas którego można wręcz poczuć zapach egzotycznych przypraw czy owoców. Kubryńska skupia się jednak głównie na psychologicznej analizie działań swojej bohaterki. Moment zbliżenia erotycznego polsko-tunezyjskiej pary jest opisany bardzo subtelnie i romantycznie.

Pewne rozczarowanie przyniosło mi zakończenie, które uznaję za nadzwyczaj banalne i przewidywalne. Mam nadzieję, że w kolejnej powieści autorka wykorzysta swój potencjał i  pomysłowość i stworzy książkę z zakończeniem trochę bardziej dojrzałym.

Mimo wszystko książka jest sympatyczna i przyjemna, polecam ją szczególnie na wakacje, o ile ktoś ma je jeszcze przed sobą:)

Polecam także blog autorki-  www.kubrynska.com

Last Minute. Sylwia Kubryńska. Nowy Świat. 2011

czwartek, 18 sierpnia 2011
"Sekretne życie motyli" Joanna Onoszko.

sekretne życie motyli

Chociaż premiera książki o intrygującym tytule „”Sekretne życie motyli” nastąpiła całkiem niedawno, bo 5 sierpnia 2011 roku, to już po niespełna 2 tygodniach powieść jest wycofywana z księgarń ze względu na jej „aresztowanie” przez Sąd. Dwóch podróżników - alpinistów, z którymi możecie zapoznać się bliżej na tym blogu, wystąpiło przeciwko autorce książki z pozwem o ochronę dóbr osobistych. Ich zdaniem książka jest „rażącym przestępstwem literackim”. Sąd w trybie zabezpieczenia roszczenia zakazał dalszego wprowadzania książki do obrotu.

Zastanawiałam się,  o co właściwie w tym wszystkim chodzi? Czy to zwykła prowokacja, która ma pomóc w lepszej sprzedaży książki? Czy są to może jakieś wewnętrzne rozgrywki w polskim środowisku alpinistycznym?

Nigdy wcześniej o tych rzekomo sławnych podróżnikach – „Motylach” nie słyszałam, ale podobno to osoby dobrze znane w środowisku wspinaczkowym. Byli często nagradzani i powszechnie podziwiani za swoje nietuzinkowe wyprawy. Na bieżąco można śledzić ich przygody na blogu, gdzie umieszczają swoje wspaniałe zdjęcia. Na wyprawach kręcone są też filmy dokumentalne. Przyznaję, po przejrzeniu ich bloga, że fotografie rzeczywiście zapierają dech w piersiach.

Joanna Onoszko wraz z mężem uczestniczyła w jednej z ich wypraw na Grenlandię, a po powrocie napisała na jej temat książkę. Autorka co prawda zaznaczyła na wstępie, że książka stanowi fikcję literacką, jednak jak się okazało, w bohaterach powieści środowisko szybko rozpoznało wyżej wspomnianych podróżników. Z powieści wynika, że wyprawa na Grenlandię podobno wcale się nie przebiegała tak, jak opisują to słynni podróżnicy, gdyż była w dużej części mistyfikacją przygotowaną między innymi na potrzeby sponsorów.

Więcej na temat samej fabuły nie zdradzę, żeby nie zabierać czytelnikom przyjemności z lektury. A czyta się książkę naprawdę bardzo dobrze, chociaż od początku wiemy kto w tej historii jest złym charakterem, a kto dobrym. Mimo wszystko fabuła wciąga, a napięcie narasta i narasta aż do kulminacyjnej dramatycznej sceny na Ścianie.

Cała historia opisana jest bardzo wiarygodnie, z widocznym zaangażowaniem emocjonalnym autorki, co tym bardziej wskazuje na jej prawdopodobieństwo. Jeżeli chodzi o moje prywatne odczucia, cały ten książkowy opis wyprawy brzmi dla mnie przekonująco. Dlatego też trudne zadanie stoi przez Motylami, jeżeli chcą udowodnić sądowi, czytelnikom i środowisku alpinistycznemu, że było inaczej niż przedstawia to Onoszko.

Na koniec dodam, że szkoda mi w tej całej sprawie „aresztowanej” powieści... Nie podoba mi się, gdy sądownie ogranicza się wolność słowa i wycofuje książki z księgarń. I to nawet w przypadku, gdyby cała historia okazała się rzeczywiście misterną mistyfikacją autorki i jej męża przygotowaną w celu oczernienia podróżników.

Powieść jest ładnie, sprawnie  i ciekawie napisana, polecam ją każdemu, nie tylko zainteresowanym alpinizmem.

Książka nadal jeszcze jest do kupienia w księgarniach.

Joanna Onoszko. Sekretne życie motyli. Znak Literanova. Kraków 2011.



niedziela, 07 sierpnia 2011
Polskie art deco w książkach i albumach.

artdeco

Art deco i secesja to moje dwa ulubione style w sztuce. Jakiś czas temu zaczęłam nawet kolekcjonować kolorowe polskie szkło prasowane z początku XX wieku, głównie Huty Niemen i Hortensja. Moim zdaniem i dzisiaj prezentuje się ono bardzo szlachetnie, nowocześnie i awangardowo. Planuję wkrótce poświęcić na tym blogu jeden mały wpis polskim hutom szkła, co  być może zachęci kogoś do kolekcjonowania. Niektóre piękne wazony, karafki czy żardiniery art deco nadal można kupić za stosunkowo małe pieniądze, na przykład na Allegro.

W mojej biblioteczce stoi kilka książek i albumów o polskim art deco. Niestety wartościowe publikacje na ten temat są dosyć trudno dostępne na naszym rynku księgarskim i antykwarycznym. Możemy co prawda kupić różne tłumaczone publikacje zagraniczne, jednak przedstawionych w nich dzieł sztuki i przedmiotów użytkowych w znakomitej większości nie zobaczymy w polskich muzeach, antykwariatach czy na Allegro. A przecież polska sztuka użytkowa art deco prezentowała się na tle swoich zachodnich sąsiadów całkiem przyzwoicie. Nim jednak zabierzemy się za zakupy, warto przejrzeć publikacje i albumy jakie pojawiły się na polskim rynku. Niestety wybór w tym zakresie nie jest zbyt szeroki, gdyż prawie wszystkie wartościowe książki i albumy często były wydawane w tak małych nakładach, że szybko stały się niedostępne. Czasem jednak na Allegro można upolować jakieś bardziej wartościowe pozycje.

Za najlepszą polską książkę o tym stylu w sztuce, dostępną obecnie bez problemu na polskim rynku księgarskim, uważam "Art deco. Przewodnik dla kolekcjonerów" autorstwa Joanny Hubner- Wociechowskiej. Przewodnik został wydany w 2008 roku przez wydawnictwo Arkady. Wielką jego zaletą są doskonałej jakości kolorowe zdjęcia. W pierwszej  części książki autorka umieściła informacje ogólne na temat art deco w Europie i Stanach Zjednoczonych. Cała reszta jest już poświęcona wyłącznie polskim wnętrzom w okresie międzywojennym. Książkę - album warto mieć na swojej półce chociażby wyłącznie dla znakomitych fotografii. W warstwie merytorycznej książka też jest interesująca. Przewodnik czyta się naprawdę dobrze, tekst jest napisany bez zbędnego historycznego i naukowego zadęcia. Jedynie pewne zastrzeżenia mam do podanych w książce cen przedstawionych przedmiotów. Nie wiadomo, czy autorka podaje ceny wywoławcze, czy transakcyjne czy być może przyjęła jakieś inne zasady dla oszacowania ich wartości materialnej. Część sfotografowanych przedmiotów prawdopodobnie w ogóle nie była przedmiotem jakichkolwiek transakcji, a podane kwoty wydają się raczej oczekiwaniami ich właścicieli. Poza tą drobną wadą przewodnik  polecam wszystkim, którzy kochają dwudziestolecie międzywojenne lub interesują się urządzaniem wnętrz. Cena okładkowa książki- albumu to 75 zł. Warto!

 

 art deco anna sieradzka

Drugą wartościową książką o art deco, którą na pewno warto mieć w swojej biblioteczce, jest książka Anny Sieradzkiej " Art deco w Europie i w Polsce" wydana w 1996 roku przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. Książkę można upolować od czasu do czasu na Allegro, gdzie osiąga dosyć wysokie ceny w okolicach 200 zł. Mi udało się ją nabyć za...15 zł na targach staroci w Starej Rzeźni w Poznaniu, sprzedawał ją pewnie ktoś nie znający jej rzeczywistej wartości. Część zdjęć jest w książce czarno- biała, ale i tak warto ją zdobyć, gdyż stanowi doskonałe kompendium wiedzy o polskim art deco.

 

wyprawa w XX lecie

 

W 2008 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie odbyła się doskonała wystawa poświęcona polskiej sztuce XX -lecia międzywojennego. Jednym z jej owoców jest album "Wyprawa w 20-lecie", który poza zdjęciami obiektów, które się znalazły na wystawie, zawiera kilkanaście esejów różnych autorów na temat sztuki okresu międzywojennego. Niestety album także jest trudno dostępny, jak kupiłam go w małej lokalnej księgarni, widziałam go również  kiedyś na Allegro w astronomicznej cenie 200 zł (cena katalogowa chyba ok. 90 zł). Zainteresowanych publikacją zapraszam na stronę Muzeum Narodowego, gdzie można zobaczyć zdjęcia wnętrza albumu ( zabezpieczone przez kopiowaniem, więc  nie mam możliwości umieścić ich tutaj).

 

Rzeczy pospolite

Z ciekawych książek o sztuce użytkowej, których u siebie jeszcze nie mam, a które z pewnością warto zdobyć na Allegro, wyszukałam  "Rzeczy pospolite" Wydawnictwa Bosz ( obejmujące nie tylko art deco, ale całą sztukę użytkową ubiegłego wieku). Jest to książka na którą powołuje się wielu autorów piszących artykuły o art deco. Niestety nakład książki został już wyczerpany.

 Ład

Kolejną książką, którą mam nadzieję kupić w najbliższym czasie, jest . "Spółdzielnia Artystów ŁAD 1926-1996. Tom I pod red. Anny Frąckiewicz". O spółdzielni Ład jest obecnie coraz głośniej w Polsce. Zawiązana w 1926 roku z inicjatywy wykładowców warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych Spółdzielnia była prekursorem nowoczesnego wzornictwa. W okresie Dwudziestolecia realizowała koncepcję narodowej odmiany stylu Art Deco,  inspirowanej tradycją ludową. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Górnoleśne.

Przy okazji polecam wszystkim to mało znane wydawnictwo. Można tam też kupić między innymi świetne reprinty plakatów art deco autorstwa Norblina. U mnie w domu na przykład wisi ten:

 

lwów norblin

Na koniec kilka zdjęć drobnych i niby banalnych przedmiotów art deco wyszukanych w internecie. Poniżej cukiernica według projektu Julii Keilowej ( źródło- materiały aukcyjne www. artinfo.pl)

keilowa

Karafka Huty Niemen ( żródło - Muzeum Karkonoskie)

karafka huta Niemen

Wazonik (art deco/secesja- źródło Allegro).

art deco niemen



Niestety internet jest trochę ubogi w dobre źródła zdjęciowe na temat polskiego art deco. Zapraszam więc do książek i albumów, bo jeżeli chodzi o sztukę Dwudziestolecia mamy naprawdę czym się pochwalić!

 

piątek, 29 lipca 2011
"Czas niedokonany" Bronisław Wildstein

czas niedokonany recenzja

Po ostatnim zgrzycie, związanym z reakcją redaktora Ziemkiewicza z Rzeczpospolitej na moją opinię o Zgredzie, miałam szczerą ochotę najnowszą książkę Wildsteina tutaj skrytykować.

Czas jednak leczy rany i po przerwie wakacyjnej, przeznaczonej między innymi na lekturę najnowszej powieści Wildsteina, trzeba by wreszcie coś na jej temat napisać. Pomimo tego, że książka mi się o dziwo nawet podobała, na wszelki wypadek napiszę z góry, że nie jestem pewna czy moja recenzja lub tzw. interpretacja będzie zgodna z oczekiwaniami autora. Jest bowiem takie ryzyko każdego pisarza, że czytelnik może zrozumieć jego książkę na opak. Powieść Wildsteina była przecież umiarkowanie chwalona w prasie także przez tak zwany Salon, co już prawicowych publicystów powinno nieco zaniepokoić.

Ogólnie jednak rzecz ujmując "Czas niedokonany” jest książką wciągającą, z ciekawą, wielowątkową fabułą i na pewno warto ją przeczytać. Mogą spokojnie po nią sięgnąć także ci, którzy nie do końca interesują się polityką czy historią albo wzdrygają się przed powieścią, spodziewając się w niej jakiś nawiedzonych prawicowych treści.

Dla przejrzystości pozwoliłam sobie moje najważniejsze uwagi do książki wypunktować poniżej.

 

  1. Główny wątek, spajający całą powieść, to związek Zuzanny i Benedykta, opozycjonistki i członka PZPR-u. Jest to bezsprzecznie najlepsza część całej książki. Małżeństwo Polki i Żyda, zawarte z miłości, którego największym wyzwaniem okazuje się konflikt światopoglądowy. Wildstein opisał to mistrzowsko. Myślę, że pisarz chyba sam by się zdziwił, że tak dobrze i wiarygodnie mu to wyszło, historia autentycznie wciąga i zastanawia. Czytelnik początkowo trzyma stronę żony, potem ta żona zaczyna irytować, potem zaczyna rozumieć punkt widzenia męża, wreszcie denerwuje nas i mąż i żona, a na końcu przychodzi wielkie współczucie dla obydwu.

  2.  Za dużo w tej powieści Żydów, co zdaje się, że nie jest ostatnio politycznie dobrze widziane. Zastrzegam od razu, że „ za dużo w tej powieści Żydów” napisałam z ironią i nie jest moim zamiarem obrażanie nikogo. Z panem Wildsteinem jest taki kłopot, gdyż zdaje się ( choć to przecież niby nie ma większego znaczenia), że on sam także ma żydowskie pochodzenie i jak każdego porządnego pisarza ze skomplikowaną osobowością, coś go do tych korzeni ciągnie. Jednak jak ostatnio czytałam w szacownej prawicowej prasie, w której publikują także Wildstein i Ziemkiewicz, zbyt częste pisanie o pogromach żydowskich jest poniżaniem polskości. Szanując polskość powinniśmy bowiem pisać wyłącznie dumnie o tym co dobrego zrobiliśmy dla Żydów, a wszystko co złe powinno być zamiecione pod dywan. Tak więc rozpoczynanie powieści od pogromu, nie jest chyba najlepszym pomysłem prawicowego pisarza, aczkolwiek ja go przyjmuje z szacunkiem. Dla równowagi Wildstein wprowadził w powieści wyznanie - spowiedź - złego Żyda czekisty. Także i jeden z głównych żydowskich bohaterów – Benedykt - jest postacią moralnie niejednoznaczną, ukrywany i ocalony w czasie drugiej wojny światowej, obciążony traumą Holokaustu, jest jednocześnie tragicznie uwikłany w system bezpieki PRL-u. Można tu zarzucić Wildsteinowi, że posługuje się stereotypami, ale nawet gdyby tak było, to i co z tego? Ze stereotypów i tak ukazuje się nam w książce rzeczywistość nadzwyczaj niejednoznaczna i skomplikowana.

  3. Niestety książka jest zdecydowanie za gruba i obawiam się, że jej przeczytanie będzie stanowić dla wielu zbyt wielkie wyzwanie. Wprowadzenie obszernych wątków pobocznych - na przykład opisu pobytu Adama w Rosji oraz „wyznania czekisty” - nieco rozbija strukturę powieści. Czytelnikowi trochę zaczyna uciekać najciekawszy wątek główny. Same wątki poboczne są bardzo interesujące, żeby było jasne, ale może jednak trzeba było sobie oszczędzić pomysłów na kolejną książkę?

  4. Warsztatowo i językowo jest poprawnie, ale nie idealnie. Im bliżej końca, tym tekst staje się coraz mniej dopracowany. Tzw. „momenty” na tle innych polskich książek nie są najgorsze, chociaż i tak poziomem nie wykraczają szczególnie poza bardzo przeciętną polską normę.

  5. Cała powieść to taka mała lekcja historii Polski ( i w pewnym zakresie też Rosji) widziana oczami Wildsteina. Dlatego, jeżeli ktoś ma potrzebę i ochotę, warto sięgnąć po lektury uzupełniające w celu poszerzenia wiedzy, względnie poznania innego punktu widzenia na pewne sprawy. Jakoś też tak się ułożyło Wildsteinowi fabularnie, że główni bohaterowie są w środku lub obok wszystkich najważniejszych tragicznych zdarzeń PRL-u, co jest ciekawe, ale mało prawdopodobne.

  6. Oczekiwałam, że Wildstein, jako prawicowy publicysta, będzie bardziej radykalny w ocenie III RP. Autor jednak trochę wyszedł ponad środowisko, które reprezentuje i pokazał Polskę, jako skomplikowane państwo nierozliczone, w którym do końca nie wiadomo kto jest prawy, a kto nie. Czy Zuzanna, która podpisała papier jest kryształowo czysta? Czy Benedykt, który przez cały czas trwania PRL -u dokonywał tragicznych wyborów, jest godny wybaczenia? A czy inni publicznie potępieni zostali sprawiedliwie ocenieni? Moim zdaniem Wildstein moralne zwycięstwo przyznaje Zuzannie, ale wcale nie jestem pewna, czy każdy czytelnik się ze mną ( i chyba autorem) zgodzi.

 

Podsumowując, książkę warto przeczytać, polecam ją w szczególności ludziom młodym, którzy PRL-u nie pamiętają, dlatego też ocena III RP czasem przychodzi im z trudnością. Dużo historii, trochę miłości i seksu plus ciekawa fabuła i wychodzi nam z tego całkiem interesująca powieść.


Czas niedokonany. Bronisław Wildstein. Wydawnictwo Zysk i S-ka. 2011.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Lista książek
O mnie
Ulubione blogi
Lubię czytać Co czytać?